poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział II

Wieczór Po Ceremonii 

~America~

     Maxon kręci się po komnacie jak zwierze w klatce, już od czasu, gdy wysłał Emily do swojego pokoju. Musieliśmy przebrnąć przez pytania dziennikarzy, stojących pod pałacem od czasu występku naszej córki, co wcale nie było proste. Mam wielką ochotę ją udusić, chociaż gdzieś wewnątrz siebie czuję iskierkę podziwu, że odziedziczyła po mnie część buntowniczki. Staram się jednak nie przyznawać do tego przed samą sobą, powtarzając sobie, ile przez to będziemy mieć problemów.
     - Maxon - wzdycham, jednak on dalej mruczy tylko coś pod nosem. Wyłapuję takie słowa jak "nieodpowiedzialność" i "rebelia". - Maxon - zwracam się do niego bardziej stanowczo, robiąc kilka kroków  w jego stronę. W końcu uśmiecham się z przekąsem. - Pomożesz zdjąć mi sukienkę?
     Mało nie wybucham śmiechem, widząc, że to przykuwa jego uwagę. Pokojówki odprawiłam jakiś czas temu - w końcu mieliśmy rozmawiać na naprawdę ważne tematy. Problem jednak jest poważny, więc podchodzę do niego i kładę mu dłonie na ramionach. Staram się uchwycić jego zdenerwowany wzrok.
     - Ej, wszystko będzie dobrze. Radziliśmy sobie z gorszymi rzeczami, prawda? - mówię łagodnym tonem, aż Maxon w końcu patrzy mi w twarz.
     - Moim zdaniem fakt, że nasza własna córka niszczy zbudowany przez nas system, można zaliczyć do gorszych rzeczy. Wyobrażasz sobie ją wśród tych trzydziestu pięciu napalonych facetów?! Skąd ona się w ogóle o tym dowiedziała? - pyta nerwowo. Wzdycham, myśląc, że bardzo się zmienił, odkąd byliśmy młodzi.
     Mam jednak dość tego, że nie potrafi na wszystko spojrzeć z opanowanej perspektywy. Dlatego popycham go stanowczo w stronę łóżka, warcząc:
     - Siadaj.
     Z pewnymi oporami, ale w końcu Maxon ląduje swoim królewskim zadkiem na łóżku. Staję nad nim, podpierając dłonie na biodrach, chociaż przez elegancką suknię z rozkloszowanym dołem nie wyglądam tak groźnie, jakbym chciała. Taksuję go szybko wzrokiem. Mimo zmarszczek w kącikach oczu, dalej jest wyjątkowo przystojny i królewski. Urody ujmuje mu jedynie grymas niezadowolenia na ustach.
     - Wiem, jakie poniesiemy konsekwencje. Wiem, że to krok do tyłu i wspomnienie systemu klasowego, ale nie mamy wyboru. Trzeba będzie to zorganizować w świetle nowego prawa, na inny sposób, ale jednak zorganizować.
     Posyłam mu jeszcze jedno groźne spojrzenie, ale widzę, że już się ugina. Maxon wzdycha i obejmuje mnie w talii. Po chwili ląduję na jego kolanach, z jego brodą opartą o moje ramię. Przymykam oczy i daję mu się przytulać.
     Wracamy do ciężkich czasów.

~Emily~

     - Gdzie panienka zgubiła drugiego buta?
     Odwracam się do Leslie, a wyraz mojej twarzy najwyraźniej od razu ją ucisza. Chociaż moje pokojówki starają się nie zadawać pytań i być dyskretne, widzę zainteresowanie pomieszane ze strachem na ich twarzach. 
     - Proszę, po prostu dajcie mi być samej - wzdycham, ocierając wierzchem dłoni policzek, zabarwiony rozmazanym tuszem. Nawet nie pamiętam, kiedy zaczęłam płakać.
     - Ależ panienka sama nie wyplącze się z tej sukni - stwierdza ciepło Aleksandra. 
     Dziewczyny rozbierają mnie i przygotowują kąpiel. Wydaje mi się, że moczę się w niej godzinami, bo woda zdążyła już wystygnąć. 
     Pokojówki ubierają mnie w miodową pidżamę, podkreślającą mi oczy, po czym zapadam w głęboki sen.

Dwa Tygodnie Później

     To były dwa najstraszniejsze, ale i najbardziej fascynujące tygodnie w moim piętnastoletnim życiu. 
     Przygotowania trwały pełną parą. Ledwo mogłam poruszać się po zamku, by przypadkiem nie trafić na ekipę, wprowadzającą jakieś zmiany. Ojciec się do mnie w ogóle nie odzywa, a mama trzyma mnie na dystans jak nigdy dotąd. W życiu nie czułam się tak samotna.
     Leslie, Elizabeth i Aleksandra opowiadały mi, że nastroje społeczne są podzielone. Starsza część ludności jest przeciwko Eliminacją, natomiast młodzi są niezwykle podekscytowani. Podobno wysłano ponad pięć tysięcy zgłoszeń.
     Myślę o tym wszystkim, siedząc w bibliotece. Studiuję księgę poświęconą historii Illei, zastanawiając się, dlaczego nie ma tutaj ani wzmianki o Eliminacjach. Mam na sobie suknię z czerwonego lnu; rozkloszowany dół sięga mi za kolano, a długie rękawy i mały dekolt przypominają o zbliżającej się jesieni. Przewracam kolejne strony, mając nadzieję, że znajdę tam odpowiedź na pytanie, jak mam się teraz zachowywać. Co powinnam robić podczas tych rywalizacji? Pewnie Alison by mi pomogła, jednakże...
     Alison zniknęła.
     Zarówno w mojej głowie, jak i w pałacu panuje taki chaos, że kompletnie się w tym wszystkim gubię.
     Co mam zrobić z trzydziestoma pięcioma facetami?
     Wzdycham i zamykam książkę. Wszyscy na pewno już się niecierpliwią - kandydaci przyjechali wczoraj wieczorem, więc dzisiaj, według tradycji, mam zjeść z nimi śniadanie. Boję się, że z tych nerwów nic nie przełknę.
     Spoglądam na zegar, i stwierdzam, że jestem już spóźniona. Pośpiesznie zamykam książkę i odstawiam ją na regał, z którego w tym samym momencie ulatuje chmura kurzu. Kasłając, wygładzam sukienkę, po czym idę na śniadanie z złowrogim stukotem obcasów w tle.

     Wchodzę do jadalni, kiedy wszyscy są już w środku, i czuję na sobie trzydzieści siedem par oczu. Wciągam powietrze głęboko do płuc, starając się nie patrzeć na kandydatów. Zresztą, okropnie głupio to brzmi - kandydaci. Jakby to był jakiś teleturniej. Na miłość Boską, w co ja się wpakowałam!
     - Dzień dobry - rzucam półtonem do rodziców, a mój głos najwyraźniej jest wyjątkowo piskliwy, bo kątem ucha widzę, jak kilka chłopaków uśmiecha się pod nosem. Również uśmiecham się, lekko zdenerwowana, siadając do stołu. Nikt nie czepia się mojego spóźnienia, chociaż widzę dezaprobatę w oczach ojca.
     Nie patrz im w oczy, to nie wyczują, że się boisz - mówię do siebie w myślach, ale zaraz karcę się za coś takiego. Sama tego chciałam, a przecież nic złego nie może mi się stać.
     Niepewnie unoszę wzrok i staram się uśmiechnąć jak najsłodziej, ale najwyraźniej słabo mi to wychodzi, bo niektórzy ledwo hamują śmiech; robię się czerwona jak burak. Resztę posiłku spędzam z oczyma utkwionymi w talerzu, rzucając raz po raz ukradkowe spojrzenia na męską część towarzystwa. Mam wrażenie, że każdy z nich jest przystojniejszy od drugiego, co strasznie mnie peszy. Nigdy jeszcze nie spotkałam nawet jednego chłopaka w moim wieku.
     Pod koniec posiłku w głowie zanotowane mam następujące informacje:
     Około trójka z nich wygląda, jakby dopiero co zeszli z ringu - ich wielkie barki zaraz rozprują wytworne garnitury. Jest tu kilka blondynów, a jeden z nich ma tak wielkie, błękitne oczy, że prawiają wrażenie, jakby zajmowały pół jego twarzy. Mężczyźni w większości maja włosy przylizane brylantyną, ale fryzura rudzielca, siedzącego niedaleko mnie, sprawia, że się uśmiecham: jego włosy roztrzepane są w artystycznym nieładzie. Wygląda to, jakby na włosach tańczyły mu płomienie, przez co czuję się dużo swobodniej. W tym samym momencie chłopak unosi na mnie swoje oczy w kolorze nieba, więc od razu spuszczam wzrok na naleśniki z syropem klonowym. O ile to w ogóle możliwe, rumienię się jeszcze bardziej. Okropnie irytuje mnie ta moja wstydliwość. Chciałabym być jak moja mama - pewna siebie, czarująca i nieokiełznana. A zamiast tego jestem niezdarnym, wstydliwym kurduplem. Słabo, jak na księżniczkę.
     Już mam wstać, kiedy ojciec kładzie mi dłoń stanowczym gestem na ramieniu.
     - Em, zgodnie z tradycją musisz teraz porozmawiać z kandydatami - szepcze, patrząc mi wymownie w oczy. Patrzę na niego z dezorientacją, po czym zwracam wzrok na grupę mężczyzn. Wszyscy zerkają kątem oka.
     Uśmiecham się optymistycznie, i starając się w ogóle nie wyglądać na przestraszoną, podchodzę do najbliższego chłopaka - wysokiego bruneta, a opalonej skórze - i proszę go, by udał się ze mną na kanapę, stojącą w rogu.
   
      I tak upływa następna godzina. Chociaż na początku jestem spięta, po kilku minutach udaje mi się rozluźnić. Większość z tych chłopaków jest naprawdę sympatyczna - oprócz jednego osiłka, który inteligencją nie przewyższa imbryka do herbaty.
      Żegnam się serdecznie z Andre, uroczym blondynem o niesamowitym akcencie (musi pochodzić z Nowej Anglii), a chwilę później podchodzi do mnie kolejny kandydat. Muszę naprawdę wysoko unieść głowę, by spojrzeć mu w oczy. Przez głowę przelatuje mi myśl, że chyba nigdy jeszcze nie widziałam takich oczu. Są duże, ale najpiękniejszy jest ich kolor - wyglądają jak dwa błyszczące nefryty, patrzące na mnie z koncentracją; odcinają się na tle bladej karnacji. Kosmyki czarnych włosów spadają mu na oczy.
      Dopiero po rozbawionym spojrzeniu chłopaka zauważam, że najwyraźniej gapię się na niego z otwartymi ustami. Zamykam je szybko i wstaję, wygładzając sukienkę. On ma z tego niezłą zabawę, bo chociaż stara się hamować śmiech, kąciki jego bladych ust drgają w rozbawieniu.
     - David - mówi, wyciągając do mnie rękę. Uśmiecham się delikatnie i odwzajemniam powitanie. Tutaj zaczyna się znana już mi procedura, więc nie mam problemu z dalszymi słowami.
     - Więc, Davidzie - zaczynam, gdy obydwoje siadamy na kanapie - może opowiesz mi coś o sobie?
     Patrzy na mnie nieprzeniknionym wzrokiem, uśmiechając się nieznacznie.
     - A może ty byś powiedziała mi coś o sobie, wasza wysokość?
     Zaraz, że co?
     Mrugam kilka razy z dezorientacją. Nie spodziewałam się czegoś takiego - w końcu to ja zadaję pytania, a oni odpowiadają. Co tu się dzieje? Czy gdzieś jest ukryta kamera?
     - Cóż... - Marszczę brwi, a jego wyczekujące spojrzenie dezorientuje mnie jeszcze bardziej. Zastanawiam się, co właściwie mam o sobie do powiedzenia. - A co chciałbyś wiedzieć? - Decyduję się w końcu na najprostsze rozwiązanie, które kwituję uprzejmym uśmiechem.
     - Sypiasz nago?
     Otwieram szeroko oczy. Czy on właśnie powiedział to, co powiedział?
     - S ł u c h a m? - Pochylam się, by spojrzeć, czy pod kanapą nie ma kamery. Serio, to byłaby niezła kara ze strony moich rodziców. Zaraz znowu się prostuję, by spojrzeć na Davida jak na zbiega z psychiatryka.
     Chłopak uśmiecha się szelmowsko i puszcza do mnie oczko.
     - Spokojnie, wasza wysokość, tylko żartowałem.
     Widząc moją minę, dodaje:
     - Wiesz, co to jest "żart", prawda? - Unosi zabawnie brwi.
     - Wychowałam się w pałacu, a nie pod kamieniem - stwierdzam w końcu kąśliwie, otrząsając się z szoku. Co on sobie w ogóle myśli? Chyba jeszcze nigdy nie spotkałam się z czymś takim! - A teraz wybacz, Davidzie - rzucam chłodno, wstając - ale muszę porozmawiać jeszcze z paroma kandydatami.
     Chłopak już nic nie mówi, tylko wstaje i kłania się przede mną krótkim ruchem. Jednak kiedy odchodzi, widzę na jego ustach lekko zarozumiały uśmieszek, przez który mam ochotę rzucić w niego talerzem.

     Kolejne dwie godziny po śniadaniu spędzam na wybieraniu kandydatów, którzy odpadną. Powinnam była zrobić to wcześniej, ale naprawdę trudno jest mi się zdecydować (oprócz imbrykomózga, on odpadł od razu). Bo ten ma takie słodkie dołeczki w policzkach, tamten taki uroczy uśmiech, a jeszcze kolejny jest okropnie zabawny. I tak to się ciągnie, do czasu aż mama nie uderza z frustracją w stół, żeby przyciągnąć moją uwagę. Od razu kieruję na nią roztrzepany wzrok.
     - Musisz się wreszcie zdecydować! Masz wyeliminować zaledwie siedmiu!
     - Ale mamo - jęczę, chwytając plik zdjęć kandydatów. - To jest strasznie trudne! Widziałaś ich wszystkich? - Znacząco unoszę brwi, na co ona patrzy na mnie z dezaprobatą. - Poza tym, są tacy strasznie mili i kochani. Już zdążyłam się do nich przywiązać.
     Tym razem spojrzenie mamy łagodnieje, pojawia się w nim iskra niepokoju. Bierze mnie pod ramię i sadza na krześle naprzeciwko siebie, po czym zakłada nogę na nogę. Robi tą swoją charakterystyczną minę, mówiącą, że ma mi coś do powiedzenia. Patrzę na nią z pytaniem w oczach.
     - Kiciu - mówi miękko - wiem, że teraz jesteś podekscytowana, ale musisz pamiętać o jednej rzeczy. - Efektownie zawiesza głos w tym momencie, i kontynuuje. - Nie wszyscy mają czyste zamiaru. Pewnie wielu z nich jest tutaj dla korony, dlatego musisz być rozważna w swoim wyborze, dobrze? Ja sama, kiedy przyjechałam do pałacu, zrobiłam to ze względu na pieniądze. I jedzenie - śmieje się, a ja, mimo że chcę udawać obrażoną, nie mogę również powstrzymać się od śmiechu. Powinnam dalej być zła, że przede mną to ukrywali.
     Ale nie jestem.
     Dlatego z pomocą mamy odsyłam siedmiu kandydatów do domu: Jonathana z południa Illei; Roya - osiłka o niskim poziomie inteligencji; Dereka, banalnego amanta, o równie banalnych sposobach na podryw; Matthew, wyjątkowo nijakiego gościa, któremu wszystko jest obojętne; Lucjusza, sztywniaka, jakby usiadł na kiju; Asmodeusa, cwaniaczka; oraz Johna, wyjątkowo bezczelnego kolesia, którego oczy powędrowały dużo niżej, niż powinny.
     I tak mój wybór zmniejsza się do dwudziestu ośmiu.


     Opierając się o framugę, patrzę na chłopaków stłoczonych w Komnacie Dam, obecnie nazywaną "Komnatą Dżentelmenów". Przebierałam się chyba z trzy razy, zanim tu zeszłam, ale teraz tylko stoję i patrzę, skubiąc kraniec granatowej sukienki. Uśmiecham się delikatnie, patrząc, jak doradca królewski ustawia ich do pionu i kładzie im książki na głowach, każąc utrzymywać równowagę. Mój wzrok przez chwilę spoczywa na Andre - radzi sobie wyjątkowo dobrze, a kiedy uśmiecha się z zadowoleniem, w jego policzkach pojawiają się dołeczki. Kolana mi miękną, gdy chłopak podchwytuje moje spojrzenie i posyła mi właśnie ten uśmiech. Odwzajemniam to, rumieniąc się jak burak.
     - Andre to niezła partia, prawda? - słyszę nagle miękki, głęboki głos. Podskakuję z zaskoczenia, prawie że schodząc na zawał. Odwracam się i trafiam wzrokiem na parę intensywnie zielonych oczu.
     - David - odchrząkuję, i posyłam mu groźne spojrzenie. On pochyla głowę z udawaną skruchą. - Aż tak bardzo chcesz stąd wylecieć? - pytam, starając się mówić jak najchłodniejszym tonem. Chociaż chcę utrzymać jak największy dystans do tego chłopaka, wyjątkowo mnie intryguje. Sama nie wiem, dlaczego. To okropnie irytujące.
     - Powiedzmy sobie szczerze, wasza wysokość - mówi, niby oficjalnym tonem - gdybyś chciała mnie wywalić, zrobiłabyś to już wczoraj.
     Nie chcę dać po sobie poznać, że ma racje, ale mimowolnie marszczę brwi. David szczerzy się w uśmiechu, a jego długie, smukłe palce zagarniając niesforny kosmyk moich włosów za ucho. Odruchowo się cofam.
     - Tak czy siak, jestem tutaj z pokojowych pobudek. Chciałbym zaprosić cię na spacer, jutro po obiedzie.
     Unoszę brwi w zaskoczeniu.
     - Spacer?
     - Spacer.
     - W sensie we dwoje? Sami?
     David parska śmiechem.
     - Tak, wasza wysokość. Oczywiście, o ile się nie boisz - dodaje z tak zarozumiałą miną, że praktycznie od razu odpowiadam:
     - Oczywiście, że nie. - Wydymam dumnie wargi.
     Chłopak uśmiecha się z satysfakcją, a w jego hipnotyzujących oczach na chwilę widać coś, czego nie potrafię odczytać. Końcówki jego czarnych włosów muskają moją skórę, gdy delikatnie całuje mnie w rękę.
     - W takim razie do zobaczenia jutro o szesnastej, wasza wysokość.
     David odchodzi sprężystym krokiem polującej pantery wgłąb Komnaty, zostawiając mnie z nienaturalnie szybkim pulsem, i wyraźnym pąsem na twarzy.

sobota, 20 września 2014

Rozdział I

     Mam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Tykanie zegarów w całym pałacu brzmi mi złośliwie w uszach, a wskazówki wloką się wolniej niż zawodnicy żółwich wyścigów. Spędzam te dwa dni na włóczeniu się po zamku i wzdychaniu. Alison jest stale zajęta w kuchni, a zresztą i tak jestem na nią zła, bo nie chce mi powiedzieć, skąd zdobyła te wszystkie informacje. W końcu jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami od lat, więc myślałam, że nie mamy przed sobą sekretów. Najwyraźniej się myliłam.
     Budzę się rano z mieszanymi uczuciami: ekscytacją i strachem przed własnymi zamiarami. To wreszcie ten dzień! Nie mogę uwierzyć, że mam już piętnaście lat, a tym bardziej, że mam zamiar t o zrobić. Wątpliwości dopadają mnie tylko na chwilę. Zaciskam dłonie w pięści, przypominając sobie, ile rodzice przede mną ukrywali. Moje pałacowe życie trwało, jakby przed dwudziestoma pięcioma latami nic się nie stało, podczas gdy w moim ulubionym pomieszczeniu w pałacu skrywano tajemnicę, zmieniającą pogląd na... Wszystko.
     I ta myśl sprawia, że wszelkie wątpliwości znikają. Biorę głęboki wdech, by zawołać swoje pokojówki. Dokładnie w tym samym momencie wpadają jednak do mojego pokoju, szczebiocąc:
     - Oh, już panienka wstała!
     - Panienko, to wielki dzień! Niech panienka tak na mnie nie patrzy, trzeba panienkę przygotować!
     - Tak, tak, niech tylko panienka spojrzy na suknię! Czyż nie jest przepiękna? Idealnie będzie do niej pasować koczek!
     I dalej gadają, a ja ani się obejrzę i już stoję na nogach. Szarpią moje rude włosy szczotką, tworząc z nich miękkie pukle. Przecierają mi twarz chłodnym ręcznikiem, a ja jestem w stanie jedynie myśleć o tym, że stanowczo nadużywają słowa "panienka", oraz poddawać się ich ruchom. To tak codzienny rytuał, że prawie już tego nie zauważam. Jest dla mnie tak normalny jak dla innych miska płatków zbożowych na śniadanie.
     Uwielbiam moje pokojówki - Leslie, Alexandrę i Elizabeth - szczególnie, kiedy traktują mnie jak porcelanową laleczkę. Tak, wiem, że brzmi to dziwnie, ale naprawdę napompowuje to moje ego. Czuję się wtedy taka mała, śliczna i delikatna. Szczególnie, kiedy patrzę w lustro i widzę kogoś zupełnie innego, niż Emily-w-spodniach. Uśmiecham się słodko różowymi ustami do własnego odbicia, taksując wzrokiem kok, dumnie widniejący na czubku mojej głowy niczym sztandar. Jak zawsze jestem pełna podziwu dla umiejętności dziewczyn - idealny wręcz kok owinęły misternym warkoczem. Dobrze, że mam tyle włosów (sięgają samej talii!), bo podobno są...
     - Świetnym materiałem są włosy panienki, wie panienka? - pyta Elizabeth ciepło, tak jak zwykle, na co ja odpowiadam jej nieśmiałym uśmiechem.
     To wszystko jest takie zwyczajne, takie codzienne. Jednak wiem, że po tej uroczystości moje życie zmieni się na zawsze.
     Leslie i Alexandra pomagają mi założyć suknię, podczas gdy Elizabeth biegnie uroczym truchcikiem do garderoby po buty.
     A suknia jest naprawdę wspaniała. Biała, ciężka tkanina o lekkim prześwicie spływa falami od ostrego wcięcia w talii, aż po czubki mych paznokci ozdobionych złotym lakierem. Dziesiątki drobnych kwiatuszków w tym samym kolorze tańczy na morzu zniewalającej bieli, przeplatanej raz po raz złotymi nitami. Góra sukni jest twarda, w kolorze świeżego śniegu. Zapiera mi dech w piersiach, kiedy Leslie ściska je (tak, zgadliście) również złotą wstęgą. Opada ona razem z trenem na ciemne drewno mojej sypialni.
     Elizabeth wsuwa srebrne pantofelki o małym obcasiku na moje małe stópki, podczas gdy opieram się o pozostałą dwójkę, żeby przypadkiem nie wywinąć orła i nie pognieść sukni. Dziewczyny często żartują, że mam najmniejsze stopy w całym kraju, przez co szycie dla mnie butów jest jeszcze trudniejsze.
     - Jest panienka naprawdę śliczna - wzdycha z podziwem Alexandra, a reszta potwierdza jej słowa entuzjastycznym kiwnięciem głową.
     - To wszystko wasza zasługa - odnoszę się do dziewczyn i łączymy się w grupowym uścisku. Są moimi przyjaciółkami. - Muszę już chyba iść.
     Spoglądam na zegar i biorę głęboki wdech, by ukoić nerwy.
     - Niech panienka się nie denerwuje - uspokaja mnie Leslie, kładąc dłoń na moim ramieniu. - Kogokolwiek panienka wybierze, będzie wielkim szczęściarzem.
     Nie wiem co powiedzieć, więc jedynie uśmiecham się nerwowo.
     Jeśli wszystko pójdzie dobrze z planem, tych szczęściarzy będzie trzydziestu pięciu.

     Siedzę na misternie zdobionym tronie, na podwyższeniu, ledwo oddychając z nerwów. Jestem wyprostowana, tak jak powinnam, a moje dłonie spoczywają na kolanach. Szczerze mówiąc, efektywna suknia trochę utrudnia pozostanie w tej pozycji, ale już nawet tego nie zauważam. Myślę cały czas o diademie, który mama nałożyła na moją głowę dziesięć minut temu. Obdarzyła mnie wtedy czułym spojrzeniem i pocałowała w czoło, tak jak wtedy, kiedy kładła mnie na dobranoc, gdy byłam mała. Wyrzuty sumienia wyżerają mnie od środka. Ale podjęłam już decyzję, nie ma odwrotu - no i nie ma innej alternatywy. To chyba jest najgorsze. Wszystkie drogi ucieczki mam zablokowane, bo jeszcze nigdy się nie zakochałam, w przeciwieństwie do moich starszych sióstr. Ale nie mam też zamiaru oddać się jako łącznik polityczny, jak Adelice.
     Nie mam wyboru.
     Rozglądam się nieprzytomnym wzrokiem po sali. Są tu wszyscy, których kocham i którzy kochają mnie - a przynajmniej wydawało mi się, że tak jest. Mama i tata siedzą na tronach naprzeciwko mnie, niczym widownia. Obydwoje wyglądają - jak zawsze - olśniewająco. Uśmiechają się i rozmawiają z ludźmi, siedzącymi po ich bokach. Jest tu babcia Magda, ciocia Kenna, ciocia May i wujek Gared - siedzą na krzesłach, po lewicy mamy. Po prawicy taty natomiast widać wujka Aspena i ciocię Lucy, trzymających się za ręce - wiecznie młoda miłość!; a zaraz obok nich ciocia Marlee posyła mi co jakiś czas spojrzenie pełne otuchy. Odwzajemniam je, przygryzając nerwowo dolną wargę, czego nie powinnam robić ze względu na błyszczyk. Chciałabym być taka, jak Marlee - mimo że za młodu stała się wdową, teraz jest niezwykle radosna.
     - Lady Emily, za minutę zaczynamy nagrywanie - oznajmia Joseph, doradca królewski, po czym wraca do pokrzykiwania na kamerzystów i ustawiania wszystkiego.
     Biorę głęboki wdech (na tyle, na ile jest to możliwe), wymalowując na ustach stosowny uśmiech - nie za szeroki, ale wiarygodny. Rzucam ostatnie spojrzenie w stronę rodziców: mama uśmiecha się szeroko, a tata unosi kciuki do góry w geście otuchy. Zaraz jednak przybierają odpowiednie pozy, bo James, prezenter, zaczyna mówić do kamery:
     - Synowie i córki Wolnej Republiki Illei, wiem, że wszyscy czekaliście na ten niezwykły dzień! Dzisiaj czwarta, najmłodsza królewska potomkini wskaże wybranka swojego serca. - Prezenter puszcza oczko do kamery, która zaraz kieruje się na mnie. Czuję ciepło wpływające na moje policzki; na pewno jestem czerwona jak piwonia.
     James opowiada to co wtedy, kiedy to moje siostry siedziały na tym miejscu - tradycji, pokazującej, że każdy ma wybór.
     Decyzja księżniczki musi zostać wprowadzona w życie.
     - A teraz oddaję głos księżniczce Emily!
     Czuję suchość w ustach, gdy obiektyw kamery zostaje wycelowany we mnie jak pistolet.
     Uśmiecham się najwiarygodniej jak potrafię i wstaję z największą gracją, na jaką mnie stać. Odruchowo wygładzam suknię i zmierzam w kierunku mównicy, stojącej przed tronem, świadoma, że cała Illea śledzi mój każdy krok. Najbardziej uciążliwe są jednak spojrzenia mojej rodziny. Stukot obcasów niesie się po sali.
     - Wolna Republiko Illei - zaczynam recytować wyuczone słowa przez ściśnięte gardło. - Niezmiernie cieszę się, że mogę wraz z wami być w tym wspaniałym dniu.
     Zaciskam palce nieco mocniej na ciemnym drewnie mównicy, a serce bije mi jak szalone. Teraz nie mogę się już wycofać. Zamykam mocno powieki, zaledwie na sekundę, a przed oczami przelatuje mi całe moje życie spędzone w pałacu. Kiedy je otwieram, wyrzucam z siebie na jednym oddechu:
     - Niech o moim zamążpójściu zadecydują Eliminacje.

     Cisza, zalegająca w powietrzu, jest nieznośna. Oblepia mnie swoimi czarnymi mackami, nie pozwalając na swobodny oddech. Wszystkie oczy utkwione są we mnie, niczym dziesiątki małych laserów. Pełne szoku spojrzenia atakują mnie z każdej strony - gwardziści, ekipa filmowa, moja rodzina. Wszyscy patrzą na mnie tak, jakby zobaczyli ducha. Sama pewnie jestem okropnie blada, bo czuję jak krew odpływa mi z twarzy.
     Pierwszy z tego szoku budzi się ojciec. Jego twarz wykrzywia się w zdenerwowanym grymasie.
     - Wyłączcie to! - krzyczy na zaszokowanego kamerzystę, wśród stukotu swoich zdecydowanych kroków.
     Dopiero po jego słowach wszyscy dochodzą do siebie.
     James wypuszcza mikrofon z dłoni i krzyczy coś do ekipy filmowej. Kamera przewraca się na bok, gdy gwardziści zaczynają biegać po sali, uspokajając kamerzystów. Cichy odgłos bucików pokojówek brzmi przy mojej mamie, która cała blada prawie zsunęła się z tronu. Ocierają jej twarz mokrymi ręcznikami, a jedna podaje jej coś do picia. Ciocia May trzyma ją za rękę, rzucając mi tak zaniepokojone spojrzenie, że strach ściska mi gardło. Wbijam palce tak mocno w mównice, że aż bolą. Obserwuję jak reszta rodziny krzyczy coś do siebie i chodzi nerwowo po sali, w poszukiwaniu nie wiadomo czego.
     - Emily! - Ojciec chwyta mnie za ramię i ściąga ze sceny brutalnym gestem. Wydaje mi się, że po drodze gubię jednego buta, chociaż w tej chwili jestem tak otępiała, że ledwo to zauważam.
     Ramię boli mnie od stalowego uścisku ojca, którego przekrzywiona korona zwisa z lewej strony. W tej chwili wydaje mi się to niezwykle zabawne, i pewnie w normalnych okolicznościach wybuchnęłabym śmiechem, ale teraz tylko wpatruję się w niego z przerażeniem. Praktycznie wlecze mnie za sobą przez niebywale cichy korytarz, aż do jednej z sal. Otwiera drzwi i z impetem wprowadza mnie do środka. Jego miodowe oczy, zupełnie takie jak moje, wyrażają teraz furię. Kulę się w sobie. Nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie.
     - Czy masz pojęcie, coś ty zrobiła?! - prawie krzyczy, chwytając się za głowę. Zaczyna nerwowo chodzić to w jedna, to w drugą stronę, a ja przylegam plecami do ściany. Kiedy nie odpowiadam, odwraca się do mnie i zaciska zęby. Widzę, że stara się uspokoić.
     - Ja... - dukam, nie wiedząc co powiedzieć. Cała moja pewność siebie wyparowała z jakieś dziesięć minut temu.
     - Maxon, uspokój się. - Mama wchodzi do sali, zamykając za sobą drzwi. Też jest zdenerwowana - cała zbladła, a jej ręce pokryte siecią delikatnych zmarszczek delikatnie się trzęsą. Podchodzi do taty i uspokajającym gestem kładzie mu dłoń na ramieniu. On bierze głęboki wdech i zamyka oczy.
     - Americo, przecież wiesz, co to oznacza - mówi w końcu, po długiej, przerażającej chwili milczenia.
     Mama kiwa powoli głową, patrząc na mnie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
     - Eliminacje muszą się odbyć.

* Wybaczcie, że ten rozdział jest takie krótki, ale mam naprawdę dużo nauki.
Weekend z chemią, yay!
Obiecuję, że w przyszłym rozdziale wam to wynagrodzę ;> Będzie się działo!
~Hanka*


wtorek, 16 września 2014

Prolog

     Jeszcze dwadzieścia pięć lat temu Illea pogrążona była w mroku. Ulice spływały krwią niewinnych, a wojna powoli zatruwała kraj tak, jak gnije jabłko - od środka.
     Pytasz, jak to od środka? Odpowiem Ci jednym słowem:
     Południowcy.
     Gdy Maxon doszedł do władzy i poślubił Americę, rebelianci z południa zaczęli organizować zamachy na jego życie. W miastach wybuchały zamieszki, a ludzie, nawet Dwójki i Trójki, padali z głodu niczym muchy. Nikt nie był bezpieczny. Nikt nie mógł uciec.
     Królewskiej parze niedane było cieszyć się sobą. Maxon w ostateczności, po wielu militarnych klęskach, postanowił sam poprowadzić swoje wojsko do walki. America w tym czasie pozostawała pod stałą opieką. Wszyscy byli zaniepokojeni jej stanem, oraz stanem jej jeszcze nienarodzonego dziecka. Kobieta włóczyła się całymi dniami po pustym pałacu, spoglądając nieobecnym wzrokiem w okna i wyczekując swojego męża. Musiał wrócić. Za wiele już straciła, by mogła stracić i jego. W takich chwilach machinalnie kładła dłoń na swoim zaokrąglonym brzuchu i wzdychała.
     Po miesiącach bitew, kryzysów i przebłysków nadziei, wojska Maxona pokonały rebeliantów. Przywódca Południowców został pojmany i sprowadzony przed oblicze króla.
   
     - Twój ojciec wyciągnął broń... - mama teatralnie zawiesza głos. Wpatruję się w nią z przejęciem, chociaż w ciągu swojego pięcioletniego życia zdążyłam wysłuchać tej historii już tysiące razy. Wstrzymuję oddech, gdy mama pochyla się tak bardzo, że pukle jej rudych włosów łaskoczą moje policzki - ...i rzucił ją pod stopy Sebastiana, przywódcy Południowców!
     Zrywam się na nogi, a różowy materac trzeszczy cicho pod moimi stópkami. Następne słowa wypowiadamy z mamą zgodnym chórem:
     - "Już dość krwi na tej ziemi przelano! Odejdź, i nie wracaj. Zostajesz wygnany z Illei".
     Znam dalszą część tej opowieści, więc łączę ręce i wyciągam przed siebie, jakbym trzymała w nich niewidzialny miecz.
     - Wtedy przywódca rebeliantów wrzasnął z szaleństwem w głosie - recytuję dalej, tym razem uprzedzając mamę i staram się mówić tonem, jakim w moim dziecięcym wyobrażeniu mówiłby barbarzyńca. - "Nie potrzebuję twojej łaski!" - krzyczę i przy tych słowach wbijam niewidzialny miecz prosto we własne serce. Zamykam oczy, wystawiam język (bo przecież umierający zawsze tak robią!) i padam na łóżko.
     Mama ze śmiechem bierze mnie w ramiona i obsypuje moją drobną, piegowatą twarzyczkę pocałunkami, jak to zawsze robi. Ja też się śmieję, bo już wiem, co mama zaraz powie. To moja ulubiona część.
     - I wtedy w Illei nastał pokój. Dlatego teraz nasz kraj nazywamy Wolną Republiką Illei - kończy mama, tuląc mnie do siebie. Oplatam jej szyję ramionami i wtulam twarz w jej pierś. Oczy mi się kleją, ale nie chcę, żeby to zauważyła. W końcu jest jeszcze tyle do opowiedzenia! O tym, jak potem urodziła się Adelice. I o tym, że tata wprowadził liczne zmiany - w końcu Illea funkcjonowała tak, jak państwa za dawnych czasów, tych sprzed Trzeciej Wojny Światowej. I nareszcie o tym, że potomek rodziny królewskiej, w wieku piętnastu lat, sam może wybrać sobie sposób ożenku - czy to wiedziony sercem, czy względami politycznymi. To jego decyzja. Zawsze w tym momencie mama mówi, że kiedyś jeszcze się zakocham, i wybiorę sobie męża. Już nie mogę się doczekać.
     - No, moja mała księżniczko, czas do łóżka - stwierdza w końcu mama, odsuwając mnie od siebie na szerokość ramion. Odgarnia mi jedną ręką grzywkę z czoła i uśmiecha się z czułością, kiedy jęczę z rozczarowaniem. - Skarbie, jest już późno. Jutro też jest przecież dzień, prawda? - Kiwam niechętnie głową. - Obiecuję, że pójdziemy na spacer - dodaje, a kąciki ust mimowolnie unoszą mi się w górę.
     - Dobranoc, mamo - mówię, gdy okrywa mnie szczelnie kołdrą.
     - Dobranoc, Emily.

Dziesięć Lat Później

     Tupot twardych podeszew moich balerinek niesie się głucho po pałacowym korytarzu, gdy biegnę w stronę kuchni. Łączy się z moim przyśpieszonym oddechem i biciem serca. Potykam się co jakiś czas o własne nogi, chociaż wcale nie mam na sobie sukienki. Podobno kiedyś noszenie jej było obowiązkiem w pałacu, ale teraz większość dni mieszkańcy spędzają w spodniach. Nie dotyczy to oczywiście służby, która ma obowiązek noszenia oficjalnego uniformu non stop. Okropnie współczuję gwardzistą, gdy mijam ich na korytarzu z furkotem zwiewnej, zielonej bluzki.  
     Przebiegam po schodkach prowadzących do kuchni i wpadam do niej z nadmiernym hukiem. Od razu czuję na sobie ponad tuzin czujnych spojrzeń i lekko kulę się w sobie. 
     - Przepraszam - odchrząkuję. - Nie zawracajcie sobie mną głowy.
     Szybkim krokiem przechodzę przez pomieszczenie, wypatrując w nim Alison. Wzdycham, gdy jej nie zauważam, co ponownie przyciąga uwagę najbliżej stojącej kucharki. Uśmiecham się do niej uspokajająco, więc wraca do swojej pracy, mimo wszystko z dość podejrzliwym wyrazem twarzy. 
     - Emily! - słyszę za sobą, chociaż w międzyczasie trzaskają drzwi. Pewnie dopiero co przyszła, ale i tak niezmiernie cieszę się na jej widok. Przez ostatnie dwa tygodnie była u rodziny w północnej części kraju i bardzo się za nią stęskniłam. 
     - Cześć, moja najlepsiejsza przyjaciółko na świecie. -  Odwracam się do niej, uśmiechając się szeroko. Zawsze się tak tytułujemy po dłuższym rozstaniu. Na przywitanie stukamy się biodrami, po czym Ali chwyta mnie pewnie za rękę i wyciąga z kuchni z powrotem na schody.
    - Tak strasznie za tobą tęskniłam! - mówi, już na schodach, po czym następuje bardzo długi i czuły przytulas, którego nigdy byśmy nie powtórzyły w obecności kogoś innego. Nasza przyjaźń jest tajemnicą, chociaż wcale nie ma ku temu powodów. Rodzice nie mieliby nic przeciwko, ale w tak idealnym świecie miło jest mieć jakikolwiek drobny sekrecik. 
     Po wielu zapewnieniach, że ja również za nią bardzo, ale to bardzo tęskniłam, przypominam sobie powód naszego spotkania.
     - Mówiłaś, że chcesz mi coś pokazać? - pytam, na co ona robi się niewiarygodnie poważna. Kiwa w milczeniu głową i ponownie chwyta mnie za rękę.
     - Musisz mi obiecać, że nikomu nie powiesz.
     - Obiecuję.

     Nie spodziewałam się, że zabierze mnie do biblioteki, ale po przejściu wielu korytarzy i schodów znajdujemy się właśnie w tam. Alison, w przeciwieństwie do mnie, unika książek niczym diabeł święconej wody, więc raz po raz rzucam jej podejrzliwe spojrzenie. Ona, jak to ona, kwituje je jedynie krzywym uśmieszkiem, chociaż i tak wydaje się być wyjątkowo poważna, jak na siebie. Oh, co ja gadam; "powaga" i "Alison" w jednym zdaniu nie mają prawa bytu! Dlatego też martwię się jeszcze bardziej.
     - Ali, o co... 
     - CŚŚŚŚ! - Alison nie daje mi dokończyć, sycząc na mnie jak anakonda, która połknęła własny ogon. Otwieram szeroko oczy, ale posłusznie idę za nią, kiedy pokazuje palcem wskazującym na sieciowy komputer, stojący na stoliku. Nawet w pałacu jest luksusem, więc jest strzeżony hasłem, jednak ona najwyraźniej je zna, bo wystukuje kilka znaków. Podłącza do niego urządzenie, którego w życiu na oczy nie widziałam, i już mamy przed sobą masę jakiś dziwnych liczb, które nic mi nie mówią.
     - Ali, co tu się... - ponawiam próbę, ale tym razem syczy na mnie jeszcze głośniej, więc jedynie wzdycham i obserwuję niepewnie jej dalsze poczynania.
     Stukot klawiatury jest jedynym dźwiękiem wypełniającym pokój przez następne kilka minut. 
     W końcu, kiedy zaczynam zastanawiać się, czy nie powinnam trzepnąć Alison w tą jej blond czuprynę, ta klika coś, i odwraca się do mnie, dokładnie w momencie, gdy na ekranie pojawia się obraz.
     - A teraz patrz uważnie - mówi, więc to robię.
     Od razu rozpoznaję Salę Wielką. Mnóstwo dziewczyn, odstawionych jak na śluby i... Tata? Otwieram szeroko oczy. Po chwili otwieram je jeszcze szerzej, kiedy zauważam mamę, wśród tłumu tych dziewcząt. Jest kompletnie jak nie ona, chociaż tak samo śliczna. Dotykam końcówek moich rudych włosów, tak podobnych do mamy. O co w tym wszystkim chodzi?
     Po kilku minutach dalej nic nie rozumiem. I wtedy Alison zaczyna opowiadać mi o Eliminacjach. O tradycjach sprzed panowania mojego taty, które zostały tak sprawnie ukryte i pogrzebane w odmętach zapomnienia. Trzydzieści cztery dziewczęta, ubiegające się o względy księcia. Te wszystkie uroczystości, Elita i na koniec zaręczyny. 
    Nagranie się kończy, ale ja dalej wpatruję się w czarny ekran, jakby to miało udzielić mi odpowiedzi na pytania, kłębiące się w mojej głowie. Dlaczego o tym nie wiedziałam? Dlaczego zaprzestano tej praktyki? Czy mama i tata naprawdę się kochają, czy są ze sobą z poczucia obowiązku?
     - Skąd... - Zaschło mi w gardle, więc muszę odchrząknąć, zanim ponownie zwrócę się do Ali. Patrzę na nią z przestrachem, chociaż sama nie wiem, dlaczego się boję. Może dlatego, że skoro rodzice nie powiedzieli mi o tym, to również mają inne tajemnice? - Skąd się o tym dowiedziałaś?
     - Nie mogę ci powiedzieć - odpowiada nieco przyciszonym głosem. Najwyraźniej udzielił się jej mój niepokój, bo rzuca mi niepewne spojrzenie i chwyta mnie za rękę w geście otuchy. Odwzajemniam uścisk, ale zaraz cofam się trochę do tyłu i ją puszczam. Irytują mnie jej słowa. Jakby i tak już nie powiedziała za dużo.
     - Muszę pogadać z rodzicami - stwierdzam, na co ona kiwa głową.
     - Spotkamy się potem? 
     Również odpowiadam jej kiwnięciem i wychodzę. Właśnie pierwszy raz okłamuję Alison. Nie mam zamiaru rozmawiać z rodzicami.

     Leżę na plecach na łóżku i wpatruję się w sufit. Tysiące gwiazdek, namalowanych na nim farbą fluorescencyjną, świeci w półmroku. Po wejściu do środka zasłoniłam kotary, żeby móc na nie popatrzeć. Na mój własny, ukradziony kawałek nieba.
     Cały czas myślę o tym, co widziałam w bibliotece. Życie wtedy musiało wyglądać zupełnie inaczej. Na pewno było pełne przygód, bardzo buntownicze i ciekawe. Teraz kompletnie nic się nie dzieje. Oczywiście, nie mam na co narzekać, ale idealność tego świata mnie przerażała. Aż do czasu tego nagrania, będącego jedną wielką tajemnicą, której nigdy nie miałam poznać. Aż zapiera mi dech w piersiach na samą myśl o tym. 
     - Tajemnica - szepczę, a to słowo rozdziera ciszę, z drugiej strony kołysząc mnie w swoich ramionach. 
     Dopiero kiedy zgłębiam się w myśli coraz bardziej i bardziej, powoli przez skorupę fascynacji przebija się złość. Nie powiedzieli mi o tym. Nikt mi nie powiedział - mama, tata, ani siostry, chociaż nie jestem pewna, czy one wiedziały. Tak czy siak, to praktycznie kłamstwo. Mama powiedziałaby "naciąganie prawdy". Aż robię się czerwona na tę myśl. Podrywam się tak gwałtownie, że prawie spadam z łóżka i zaciskam usta. Wbijam palce w materac, kiedy w mojej głowie zaczyna się rodzić naprawdę niebezpieczna, ale i ekscytująca myśl. Spoglądam jeszcze szybko na suknię, stojącą w rogu, którą mam ubrać na uroczystość moich piętnastych urodzin za dwa dni. Z każdą sekundą plan staje się coraz pewniejszy, z każdą sekundą wiem coraz lepiej, jak mam dać im nauczkę.
     Jak mam zepsuć idealność naszego nudnego życia. 
     Te dwa dni doprowadzą mnie do szału.