Wieczór Po Ceremonii
~America~
Maxon kręci się po komnacie jak zwierze w klatce, już od czasu, gdy wysłał Emily do swojego pokoju. Musieliśmy przebrnąć przez pytania dziennikarzy, stojących pod pałacem od czasu występku naszej córki, co wcale nie było proste. Mam wielką ochotę ją udusić, chociaż gdzieś wewnątrz siebie czuję iskierkę podziwu, że odziedziczyła po mnie część buntowniczki. Staram się jednak nie przyznawać do tego przed samą sobą, powtarzając sobie, ile przez to będziemy mieć problemów.
- Maxon - wzdycham, jednak on dalej mruczy tylko coś pod nosem. Wyłapuję takie słowa jak "nieodpowiedzialność" i "rebelia". - Maxon - zwracam się do niego bardziej stanowczo, robiąc kilka kroków w jego stronę. W końcu uśmiecham się z przekąsem. - Pomożesz zdjąć mi sukienkę?
Mało nie wybucham śmiechem, widząc, że to przykuwa jego uwagę. Pokojówki odprawiłam jakiś czas temu - w końcu mieliśmy rozmawiać na naprawdę ważne tematy. Problem jednak jest poważny, więc podchodzę do niego i kładę mu dłonie na ramionach. Staram się uchwycić jego zdenerwowany wzrok.
- Ej, wszystko będzie dobrze. Radziliśmy sobie z gorszymi rzeczami, prawda? - mówię łagodnym tonem, aż Maxon w końcu patrzy mi w twarz.
- Moim zdaniem fakt, że nasza własna córka niszczy zbudowany przez nas system, można zaliczyć do gorszych rzeczy. Wyobrażasz sobie ją wśród tych trzydziestu pięciu napalonych facetów?! Skąd ona się w ogóle o tym dowiedziała? - pyta nerwowo. Wzdycham, myśląc, że bardzo się zmienił, odkąd byliśmy młodzi.
Mam jednak dość tego, że nie potrafi na wszystko spojrzeć z opanowanej perspektywy. Dlatego popycham go stanowczo w stronę łóżka, warcząc:
- Siadaj.
Z pewnymi oporami, ale w końcu Maxon ląduje swoim królewskim zadkiem na łóżku. Staję nad nim, podpierając dłonie na biodrach, chociaż przez elegancką suknię z rozkloszowanym dołem nie wyglądam tak groźnie, jakbym chciała. Taksuję go szybko wzrokiem. Mimo zmarszczek w kącikach oczu, dalej jest wyjątkowo przystojny i królewski. Urody ujmuje mu jedynie grymas niezadowolenia na ustach.
- Wiem, jakie poniesiemy konsekwencje. Wiem, że to krok do tyłu i wspomnienie systemu klasowego, ale nie mamy wyboru. Trzeba będzie to zorganizować w świetle nowego prawa, na inny sposób, ale jednak zorganizować.
Posyłam mu jeszcze jedno groźne spojrzenie, ale widzę, że już się ugina. Maxon wzdycha i obejmuje mnie w talii. Po chwili ląduję na jego kolanach, z jego brodą opartą o moje ramię. Przymykam oczy i daję mu się przytulać.
Wracamy do ciężkich czasów.
- Maxon - wzdycham, jednak on dalej mruczy tylko coś pod nosem. Wyłapuję takie słowa jak "nieodpowiedzialność" i "rebelia". - Maxon - zwracam się do niego bardziej stanowczo, robiąc kilka kroków w jego stronę. W końcu uśmiecham się z przekąsem. - Pomożesz zdjąć mi sukienkę?
Mało nie wybucham śmiechem, widząc, że to przykuwa jego uwagę. Pokojówki odprawiłam jakiś czas temu - w końcu mieliśmy rozmawiać na naprawdę ważne tematy. Problem jednak jest poważny, więc podchodzę do niego i kładę mu dłonie na ramionach. Staram się uchwycić jego zdenerwowany wzrok.
- Ej, wszystko będzie dobrze. Radziliśmy sobie z gorszymi rzeczami, prawda? - mówię łagodnym tonem, aż Maxon w końcu patrzy mi w twarz.
- Moim zdaniem fakt, że nasza własna córka niszczy zbudowany przez nas system, można zaliczyć do gorszych rzeczy. Wyobrażasz sobie ją wśród tych trzydziestu pięciu napalonych facetów?! Skąd ona się w ogóle o tym dowiedziała? - pyta nerwowo. Wzdycham, myśląc, że bardzo się zmienił, odkąd byliśmy młodzi.
Mam jednak dość tego, że nie potrafi na wszystko spojrzeć z opanowanej perspektywy. Dlatego popycham go stanowczo w stronę łóżka, warcząc:
- Siadaj.
Z pewnymi oporami, ale w końcu Maxon ląduje swoim królewskim zadkiem na łóżku. Staję nad nim, podpierając dłonie na biodrach, chociaż przez elegancką suknię z rozkloszowanym dołem nie wyglądam tak groźnie, jakbym chciała. Taksuję go szybko wzrokiem. Mimo zmarszczek w kącikach oczu, dalej jest wyjątkowo przystojny i królewski. Urody ujmuje mu jedynie grymas niezadowolenia na ustach.
- Wiem, jakie poniesiemy konsekwencje. Wiem, że to krok do tyłu i wspomnienie systemu klasowego, ale nie mamy wyboru. Trzeba będzie to zorganizować w świetle nowego prawa, na inny sposób, ale jednak zorganizować.
Posyłam mu jeszcze jedno groźne spojrzenie, ale widzę, że już się ugina. Maxon wzdycha i obejmuje mnie w talii. Po chwili ląduję na jego kolanach, z jego brodą opartą o moje ramię. Przymykam oczy i daję mu się przytulać.
Wracamy do ciężkich czasów.
~Emily~
- Gdzie panienka zgubiła drugiego buta?
Odwracam się do Leslie, a wyraz mojej twarzy najwyraźniej od razu ją ucisza. Chociaż moje pokojówki starają się nie zadawać pytań i być dyskretne, widzę zainteresowanie pomieszane ze strachem na ich twarzach.
- Proszę, po prostu dajcie mi być samej - wzdycham, ocierając wierzchem dłoni policzek, zabarwiony rozmazanym tuszem. Nawet nie pamiętam, kiedy zaczęłam płakać.
- Ależ panienka sama nie wyplącze się z tej sukni - stwierdza ciepło Aleksandra.
Dziewczyny rozbierają mnie i przygotowują kąpiel. Wydaje mi się, że moczę się w niej godzinami, bo woda zdążyła już wystygnąć.
Pokojówki ubierają mnie w miodową pidżamę, podkreślającą mi oczy, po czym zapadam w głęboki sen.
Dwa Tygodnie Później
To były dwa najstraszniejsze, ale i najbardziej fascynujące tygodnie w moim piętnastoletnim życiu.
Przygotowania trwały pełną parą. Ledwo mogłam poruszać się po zamku, by przypadkiem nie trafić na ekipę, wprowadzającą jakieś zmiany. Ojciec się do mnie w ogóle nie odzywa, a mama trzyma mnie na dystans jak nigdy dotąd. W życiu nie czułam się tak samotna.
Leslie, Elizabeth i Aleksandra opowiadały mi, że nastroje społeczne są podzielone. Starsza część ludności jest przeciwko Eliminacją, natomiast młodzi są niezwykle podekscytowani. Podobno wysłano ponad pięć tysięcy zgłoszeń.
Myślę o tym wszystkim, siedząc w bibliotece. Studiuję księgę poświęconą historii Illei, zastanawiając się, dlaczego nie ma tutaj ani wzmianki o Eliminacjach. Mam na sobie suknię z czerwonego lnu; rozkloszowany dół sięga mi za kolano, a długie rękawy i mały dekolt przypominają o zbliżającej się jesieni. Przewracam kolejne strony, mając nadzieję, że znajdę tam odpowiedź na pytanie, jak mam się teraz zachowywać. Co powinnam robić podczas tych rywalizacji? Pewnie Alison by mi pomogła, jednakże...
Alison zniknęła.
Zarówno w mojej głowie, jak i w pałacu panuje taki chaos, że kompletnie się w tym wszystkim gubię.
Co mam zrobić z trzydziestoma pięcioma facetami?
Wzdycham i zamykam książkę. Wszyscy na pewno już się niecierpliwią - kandydaci przyjechali wczoraj wieczorem, więc dzisiaj, według tradycji, mam zjeść z nimi śniadanie. Boję się, że z tych nerwów nic nie przełknę.
Spoglądam na zegar, i stwierdzam, że jestem już spóźniona. Pośpiesznie zamykam książkę i odstawiam ją na regał, z którego w tym samym momencie ulatuje chmura kurzu. Kasłając, wygładzam sukienkę, po czym idę na śniadanie z złowrogim stukotem obcasów w tle.
Wchodzę do jadalni, kiedy wszyscy są już w środku, i czuję na sobie trzydzieści siedem par oczu. Wciągam powietrze głęboko do płuc, starając się nie patrzeć na kandydatów. Zresztą, okropnie głupio to brzmi - kandydaci. Jakby to był jakiś teleturniej. Na miłość Boską, w co ja się wpakowałam!
- Dzień dobry - rzucam półtonem do rodziców, a mój głos najwyraźniej jest wyjątkowo piskliwy, bo kątem ucha widzę, jak kilka chłopaków uśmiecha się pod nosem. Również uśmiecham się, lekko zdenerwowana, siadając do stołu. Nikt nie czepia się mojego spóźnienia, chociaż widzę dezaprobatę w oczach ojca.
Nie patrz im w oczy, to nie wyczują, że się boisz - mówię do siebie w myślach, ale zaraz karcę się za coś takiego. Sama tego chciałam, a przecież nic złego nie może mi się stać.
Niepewnie unoszę wzrok i staram się uśmiechnąć jak najsłodziej, ale najwyraźniej słabo mi to wychodzi, bo niektórzy ledwo hamują śmiech; robię się czerwona jak burak. Resztę posiłku spędzam z oczyma utkwionymi w talerzu, rzucając raz po raz ukradkowe spojrzenia na męską część towarzystwa. Mam wrażenie, że każdy z nich jest przystojniejszy od drugiego, co strasznie mnie peszy. Nigdy jeszcze nie spotkałam nawet jednego chłopaka w moim wieku.
Pod koniec posiłku w głowie zanotowane mam następujące informacje:
Około trójka z nich wygląda, jakby dopiero co zeszli z ringu - ich wielkie barki zaraz rozprują wytworne garnitury. Jest tu kilka blondynów, a jeden z nich ma tak wielkie, błękitne oczy, że prawiają wrażenie, jakby zajmowały pół jego twarzy. Mężczyźni w większości maja włosy przylizane brylantyną, ale fryzura rudzielca, siedzącego niedaleko mnie, sprawia, że się uśmiecham: jego włosy roztrzepane są w artystycznym nieładzie. Wygląda to, jakby na włosach tańczyły mu płomienie, przez co czuję się dużo swobodniej. W tym samym momencie chłopak unosi na mnie swoje oczy w kolorze nieba, więc od razu spuszczam wzrok na naleśniki z syropem klonowym. O ile to w ogóle możliwe, rumienię się jeszcze bardziej. Okropnie irytuje mnie ta moja wstydliwość. Chciałabym być jak moja mama - pewna siebie, czarująca i nieokiełznana. A zamiast tego jestem niezdarnym, wstydliwym kurduplem. Słabo, jak na księżniczkę.
Już mam wstać, kiedy ojciec kładzie mi dłoń stanowczym gestem na ramieniu.
- Em, zgodnie z tradycją musisz teraz porozmawiać z kandydatami - szepcze, patrząc mi wymownie w oczy. Patrzę na niego z dezorientacją, po czym zwracam wzrok na grupę mężczyzn. Wszyscy zerkają kątem oka.
Uśmiecham się optymistycznie, i starając się w ogóle nie wyglądać na przestraszoną, podchodzę do najbliższego chłopaka - wysokiego bruneta, a opalonej skórze - i proszę go, by udał się ze mną na kanapę, stojącą w rogu.
I tak upływa następna godzina. Chociaż na początku jestem spięta, po kilku minutach udaje mi się rozluźnić. Większość z tych chłopaków jest naprawdę sympatyczna - oprócz jednego osiłka, który inteligencją nie przewyższa imbryka do herbaty.
Żegnam się serdecznie z Andre, uroczym blondynem o niesamowitym akcencie (musi pochodzić z Nowej Anglii), a chwilę później podchodzi do mnie kolejny kandydat. Muszę naprawdę wysoko unieść głowę, by spojrzeć mu w oczy. Przez głowę przelatuje mi myśl, że chyba nigdy jeszcze nie widziałam takich oczu. Są duże, ale najpiękniejszy jest ich kolor - wyglądają jak dwa błyszczące nefryty, patrzące na mnie z koncentracją; odcinają się na tle bladej karnacji. Kosmyki czarnych włosów spadają mu na oczy.
Dopiero po rozbawionym spojrzeniu chłopaka zauważam, że najwyraźniej gapię się na niego z otwartymi ustami. Zamykam je szybko i wstaję, wygładzając sukienkę. On ma z tego niezłą zabawę, bo chociaż stara się hamować śmiech, kąciki jego bladych ust drgają w rozbawieniu.
- David - mówi, wyciągając do mnie rękę. Uśmiecham się delikatnie i odwzajemniam powitanie. Tutaj zaczyna się znana już mi procedura, więc nie mam problemu z dalszymi słowami.
- Więc, Davidzie - zaczynam, gdy obydwoje siadamy na kanapie - może opowiesz mi coś o sobie?
Patrzy na mnie nieprzeniknionym wzrokiem, uśmiechając się nieznacznie.
- A może ty byś powiedziała mi coś o sobie, wasza wysokość?
Zaraz, że co?
Mrugam kilka razy z dezorientacją. Nie spodziewałam się czegoś takiego - w końcu to ja zadaję pytania, a oni odpowiadają. Co tu się dzieje? Czy gdzieś jest ukryta kamera?
- Cóż... - Marszczę brwi, a jego wyczekujące spojrzenie dezorientuje mnie jeszcze bardziej. Zastanawiam się, co właściwie mam o sobie do powiedzenia. - A co chciałbyś wiedzieć? - Decyduję się w końcu na najprostsze rozwiązanie, które kwituję uprzejmym uśmiechem.
- Sypiasz nago?
Otwieram szeroko oczy. Czy on właśnie powiedział to, co powiedział?
- S ł u c h a m? - Pochylam się, by spojrzeć, czy pod kanapą nie ma kamery. Serio, to byłaby niezła kara ze strony moich rodziców. Zaraz znowu się prostuję, by spojrzeć na Davida jak na zbiega z psychiatryka.
Chłopak uśmiecha się szelmowsko i puszcza do mnie oczko.
- Spokojnie, wasza wysokość, tylko żartowałem.
Widząc moją minę, dodaje:
- Wiesz, co to jest "żart", prawda? - Unosi zabawnie brwi.
- Wychowałam się w pałacu, a nie pod kamieniem - stwierdzam w końcu kąśliwie, otrząsając się z szoku. Co on sobie w ogóle myśli? Chyba jeszcze nigdy nie spotkałam się z czymś takim! - A teraz wybacz, Davidzie - rzucam chłodno, wstając - ale muszę porozmawiać jeszcze z paroma kandydatami.
Chłopak już nic nie mówi, tylko wstaje i kłania się przede mną krótkim ruchem. Jednak kiedy odchodzi, widzę na jego ustach lekko zarozumiały uśmieszek, przez który mam ochotę rzucić w niego talerzem.
Kolejne dwie godziny po śniadaniu spędzam na wybieraniu kandydatów, którzy odpadną. Powinnam była zrobić to wcześniej, ale naprawdę trudno jest mi się zdecydować (oprócz imbrykomózga, on odpadł od razu). Bo ten ma takie słodkie dołeczki w policzkach, tamten taki uroczy uśmiech, a jeszcze kolejny jest okropnie zabawny. I tak to się ciągnie, do czasu aż mama nie uderza z frustracją w stół, żeby przyciągnąć moją uwagę. Od razu kieruję na nią roztrzepany wzrok.
- Musisz się wreszcie zdecydować! Masz wyeliminować zaledwie siedmiu!
- Ale mamo - jęczę, chwytając plik zdjęć kandydatów. - To jest strasznie trudne! Widziałaś ich wszystkich? - Znacząco unoszę brwi, na co ona patrzy na mnie z dezaprobatą. - Poza tym, są tacy strasznie mili i kochani. Już zdążyłam się do nich przywiązać.
Tym razem spojrzenie mamy łagodnieje, pojawia się w nim iskra niepokoju. Bierze mnie pod ramię i sadza na krześle naprzeciwko siebie, po czym zakłada nogę na nogę. Robi tą swoją charakterystyczną minę, mówiącą, że ma mi coś do powiedzenia. Patrzę na nią z pytaniem w oczach.
- Kiciu - mówi miękko - wiem, że teraz jesteś podekscytowana, ale musisz pamiętać o jednej rzeczy. - Efektownie zawiesza głos w tym momencie, i kontynuuje. - Nie wszyscy mają czyste zamiaru. Pewnie wielu z nich jest tutaj dla korony, dlatego musisz być rozważna w swoim wyborze, dobrze? Ja sama, kiedy przyjechałam do pałacu, zrobiłam to ze względu na pieniądze. I jedzenie - śmieje się, a ja, mimo że chcę udawać obrażoną, nie mogę również powstrzymać się od śmiechu. Powinnam dalej być zła, że przede mną to ukrywali.
Ale nie jestem.
Dlatego z pomocą mamy odsyłam siedmiu kandydatów do domu: Jonathana z południa Illei; Roya - osiłka o niskim poziomie inteligencji; Dereka, banalnego amanta, o równie banalnych sposobach na podryw; Matthew, wyjątkowo nijakiego gościa, któremu wszystko jest obojętne; Lucjusza, sztywniaka, jakby usiadł na kiju; Asmodeusa, cwaniaczka; oraz Johna, wyjątkowo bezczelnego kolesia, którego oczy powędrowały dużo niżej, niż powinny.
I tak mój wybór zmniejsza się do dwudziestu ośmiu.
Opierając się o framugę, patrzę na chłopaków stłoczonych w Komnacie Dam, obecnie nazywaną "Komnatą Dżentelmenów". Przebierałam się chyba z trzy razy, zanim tu zeszłam, ale teraz tylko stoję i patrzę, skubiąc kraniec granatowej sukienki. Uśmiecham się delikatnie, patrząc, jak doradca królewski ustawia ich do pionu i kładzie im książki na głowach, każąc utrzymywać równowagę. Mój wzrok przez chwilę spoczywa na Andre - radzi sobie wyjątkowo dobrze, a kiedy uśmiecha się z zadowoleniem, w jego policzkach pojawiają się dołeczki. Kolana mi miękną, gdy chłopak podchwytuje moje spojrzenie i posyła mi właśnie ten uśmiech. Odwzajemniam to, rumieniąc się jak burak.
- Andre to niezła partia, prawda? - słyszę nagle miękki, głęboki głos. Podskakuję z zaskoczenia, prawie że schodząc na zawał. Odwracam się i trafiam wzrokiem na parę intensywnie zielonych oczu.
- David - odchrząkuję, i posyłam mu groźne spojrzenie. On pochyla głowę z udawaną skruchą. - Aż tak bardzo chcesz stąd wylecieć? - pytam, starając się mówić jak najchłodniejszym tonem. Chociaż chcę utrzymać jak największy dystans do tego chłopaka, wyjątkowo mnie intryguje. Sama nie wiem, dlaczego. To okropnie irytujące.
- Powiedzmy sobie szczerze, wasza wysokość - mówi, niby oficjalnym tonem - gdybyś chciała mnie wywalić, zrobiłabyś to już wczoraj.
Nie chcę dać po sobie poznać, że ma racje, ale mimowolnie marszczę brwi. David szczerzy się w uśmiechu, a jego długie, smukłe palce zagarniając niesforny kosmyk moich włosów za ucho. Odruchowo się cofam.
- Tak czy siak, jestem tutaj z pokojowych pobudek. Chciałbym zaprosić cię na spacer, jutro po obiedzie.
Unoszę brwi w zaskoczeniu.
- Spacer?
- Spacer.
- W sensie we dwoje? Sami?
David parska śmiechem.
- Tak, wasza wysokość. Oczywiście, o ile się nie boisz - dodaje z tak zarozumiałą miną, że praktycznie od razu odpowiadam:
- Oczywiście, że nie. - Wydymam dumnie wargi.
Chłopak uśmiecha się z satysfakcją, a w jego hipnotyzujących oczach na chwilę widać coś, czego nie potrafię odczytać. Końcówki jego czarnych włosów muskają moją skórę, gdy delikatnie całuje mnie w rękę.
- W takim razie do zobaczenia jutro o szesnastej, wasza wysokość.
David odchodzi sprężystym krokiem polującej pantery wgłąb Komnaty, zostawiając mnie z nienaturalnie szybkim pulsem, i wyraźnym pąsem na twarzy.
Alison zniknęła.
Zarówno w mojej głowie, jak i w pałacu panuje taki chaos, że kompletnie się w tym wszystkim gubię.
Co mam zrobić z trzydziestoma pięcioma facetami?
Wzdycham i zamykam książkę. Wszyscy na pewno już się niecierpliwią - kandydaci przyjechali wczoraj wieczorem, więc dzisiaj, według tradycji, mam zjeść z nimi śniadanie. Boję się, że z tych nerwów nic nie przełknę.
Spoglądam na zegar, i stwierdzam, że jestem już spóźniona. Pośpiesznie zamykam książkę i odstawiam ją na regał, z którego w tym samym momencie ulatuje chmura kurzu. Kasłając, wygładzam sukienkę, po czym idę na śniadanie z złowrogim stukotem obcasów w tle.
Wchodzę do jadalni, kiedy wszyscy są już w środku, i czuję na sobie trzydzieści siedem par oczu. Wciągam powietrze głęboko do płuc, starając się nie patrzeć na kandydatów. Zresztą, okropnie głupio to brzmi - kandydaci. Jakby to był jakiś teleturniej. Na miłość Boską, w co ja się wpakowałam!
- Dzień dobry - rzucam półtonem do rodziców, a mój głos najwyraźniej jest wyjątkowo piskliwy, bo kątem ucha widzę, jak kilka chłopaków uśmiecha się pod nosem. Również uśmiecham się, lekko zdenerwowana, siadając do stołu. Nikt nie czepia się mojego spóźnienia, chociaż widzę dezaprobatę w oczach ojca.
Nie patrz im w oczy, to nie wyczują, że się boisz - mówię do siebie w myślach, ale zaraz karcę się za coś takiego. Sama tego chciałam, a przecież nic złego nie może mi się stać.
Niepewnie unoszę wzrok i staram się uśmiechnąć jak najsłodziej, ale najwyraźniej słabo mi to wychodzi, bo niektórzy ledwo hamują śmiech; robię się czerwona jak burak. Resztę posiłku spędzam z oczyma utkwionymi w talerzu, rzucając raz po raz ukradkowe spojrzenia na męską część towarzystwa. Mam wrażenie, że każdy z nich jest przystojniejszy od drugiego, co strasznie mnie peszy. Nigdy jeszcze nie spotkałam nawet jednego chłopaka w moim wieku.
Pod koniec posiłku w głowie zanotowane mam następujące informacje:
Około trójka z nich wygląda, jakby dopiero co zeszli z ringu - ich wielkie barki zaraz rozprują wytworne garnitury. Jest tu kilka blondynów, a jeden z nich ma tak wielkie, błękitne oczy, że prawiają wrażenie, jakby zajmowały pół jego twarzy. Mężczyźni w większości maja włosy przylizane brylantyną, ale fryzura rudzielca, siedzącego niedaleko mnie, sprawia, że się uśmiecham: jego włosy roztrzepane są w artystycznym nieładzie. Wygląda to, jakby na włosach tańczyły mu płomienie, przez co czuję się dużo swobodniej. W tym samym momencie chłopak unosi na mnie swoje oczy w kolorze nieba, więc od razu spuszczam wzrok na naleśniki z syropem klonowym. O ile to w ogóle możliwe, rumienię się jeszcze bardziej. Okropnie irytuje mnie ta moja wstydliwość. Chciałabym być jak moja mama - pewna siebie, czarująca i nieokiełznana. A zamiast tego jestem niezdarnym, wstydliwym kurduplem. Słabo, jak na księżniczkę.
Już mam wstać, kiedy ojciec kładzie mi dłoń stanowczym gestem na ramieniu.
- Em, zgodnie z tradycją musisz teraz porozmawiać z kandydatami - szepcze, patrząc mi wymownie w oczy. Patrzę na niego z dezorientacją, po czym zwracam wzrok na grupę mężczyzn. Wszyscy zerkają kątem oka.
Uśmiecham się optymistycznie, i starając się w ogóle nie wyglądać na przestraszoną, podchodzę do najbliższego chłopaka - wysokiego bruneta, a opalonej skórze - i proszę go, by udał się ze mną na kanapę, stojącą w rogu.
I tak upływa następna godzina. Chociaż na początku jestem spięta, po kilku minutach udaje mi się rozluźnić. Większość z tych chłopaków jest naprawdę sympatyczna - oprócz jednego osiłka, który inteligencją nie przewyższa imbryka do herbaty.
Żegnam się serdecznie z Andre, uroczym blondynem o niesamowitym akcencie (musi pochodzić z Nowej Anglii), a chwilę później podchodzi do mnie kolejny kandydat. Muszę naprawdę wysoko unieść głowę, by spojrzeć mu w oczy. Przez głowę przelatuje mi myśl, że chyba nigdy jeszcze nie widziałam takich oczu. Są duże, ale najpiękniejszy jest ich kolor - wyglądają jak dwa błyszczące nefryty, patrzące na mnie z koncentracją; odcinają się na tle bladej karnacji. Kosmyki czarnych włosów spadają mu na oczy.
Dopiero po rozbawionym spojrzeniu chłopaka zauważam, że najwyraźniej gapię się na niego z otwartymi ustami. Zamykam je szybko i wstaję, wygładzając sukienkę. On ma z tego niezłą zabawę, bo chociaż stara się hamować śmiech, kąciki jego bladych ust drgają w rozbawieniu.
- David - mówi, wyciągając do mnie rękę. Uśmiecham się delikatnie i odwzajemniam powitanie. Tutaj zaczyna się znana już mi procedura, więc nie mam problemu z dalszymi słowami.
- Więc, Davidzie - zaczynam, gdy obydwoje siadamy na kanapie - może opowiesz mi coś o sobie?
Patrzy na mnie nieprzeniknionym wzrokiem, uśmiechając się nieznacznie.
- A może ty byś powiedziała mi coś o sobie, wasza wysokość?
Zaraz, że co?
Mrugam kilka razy z dezorientacją. Nie spodziewałam się czegoś takiego - w końcu to ja zadaję pytania, a oni odpowiadają. Co tu się dzieje? Czy gdzieś jest ukryta kamera?
- Cóż... - Marszczę brwi, a jego wyczekujące spojrzenie dezorientuje mnie jeszcze bardziej. Zastanawiam się, co właściwie mam o sobie do powiedzenia. - A co chciałbyś wiedzieć? - Decyduję się w końcu na najprostsze rozwiązanie, które kwituję uprzejmym uśmiechem.
- Sypiasz nago?
Otwieram szeroko oczy. Czy on właśnie powiedział to, co powiedział?
- S ł u c h a m? - Pochylam się, by spojrzeć, czy pod kanapą nie ma kamery. Serio, to byłaby niezła kara ze strony moich rodziców. Zaraz znowu się prostuję, by spojrzeć na Davida jak na zbiega z psychiatryka.
Chłopak uśmiecha się szelmowsko i puszcza do mnie oczko.
- Spokojnie, wasza wysokość, tylko żartowałem.
Widząc moją minę, dodaje:
- Wiesz, co to jest "żart", prawda? - Unosi zabawnie brwi.
- Wychowałam się w pałacu, a nie pod kamieniem - stwierdzam w końcu kąśliwie, otrząsając się z szoku. Co on sobie w ogóle myśli? Chyba jeszcze nigdy nie spotkałam się z czymś takim! - A teraz wybacz, Davidzie - rzucam chłodno, wstając - ale muszę porozmawiać jeszcze z paroma kandydatami.
Chłopak już nic nie mówi, tylko wstaje i kłania się przede mną krótkim ruchem. Jednak kiedy odchodzi, widzę na jego ustach lekko zarozumiały uśmieszek, przez który mam ochotę rzucić w niego talerzem.
Kolejne dwie godziny po śniadaniu spędzam na wybieraniu kandydatów, którzy odpadną. Powinnam była zrobić to wcześniej, ale naprawdę trudno jest mi się zdecydować (oprócz imbrykomózga, on odpadł od razu). Bo ten ma takie słodkie dołeczki w policzkach, tamten taki uroczy uśmiech, a jeszcze kolejny jest okropnie zabawny. I tak to się ciągnie, do czasu aż mama nie uderza z frustracją w stół, żeby przyciągnąć moją uwagę. Od razu kieruję na nią roztrzepany wzrok.
- Musisz się wreszcie zdecydować! Masz wyeliminować zaledwie siedmiu!
- Ale mamo - jęczę, chwytając plik zdjęć kandydatów. - To jest strasznie trudne! Widziałaś ich wszystkich? - Znacząco unoszę brwi, na co ona patrzy na mnie z dezaprobatą. - Poza tym, są tacy strasznie mili i kochani. Już zdążyłam się do nich przywiązać.
Tym razem spojrzenie mamy łagodnieje, pojawia się w nim iskra niepokoju. Bierze mnie pod ramię i sadza na krześle naprzeciwko siebie, po czym zakłada nogę na nogę. Robi tą swoją charakterystyczną minę, mówiącą, że ma mi coś do powiedzenia. Patrzę na nią z pytaniem w oczach.
- Kiciu - mówi miękko - wiem, że teraz jesteś podekscytowana, ale musisz pamiętać o jednej rzeczy. - Efektownie zawiesza głos w tym momencie, i kontynuuje. - Nie wszyscy mają czyste zamiaru. Pewnie wielu z nich jest tutaj dla korony, dlatego musisz być rozważna w swoim wyborze, dobrze? Ja sama, kiedy przyjechałam do pałacu, zrobiłam to ze względu na pieniądze. I jedzenie - śmieje się, a ja, mimo że chcę udawać obrażoną, nie mogę również powstrzymać się od śmiechu. Powinnam dalej być zła, że przede mną to ukrywali.
Ale nie jestem.
Dlatego z pomocą mamy odsyłam siedmiu kandydatów do domu: Jonathana z południa Illei; Roya - osiłka o niskim poziomie inteligencji; Dereka, banalnego amanta, o równie banalnych sposobach na podryw; Matthew, wyjątkowo nijakiego gościa, któremu wszystko jest obojętne; Lucjusza, sztywniaka, jakby usiadł na kiju; Asmodeusa, cwaniaczka; oraz Johna, wyjątkowo bezczelnego kolesia, którego oczy powędrowały dużo niżej, niż powinny.
I tak mój wybór zmniejsza się do dwudziestu ośmiu.
Opierając się o framugę, patrzę na chłopaków stłoczonych w Komnacie Dam, obecnie nazywaną "Komnatą Dżentelmenów". Przebierałam się chyba z trzy razy, zanim tu zeszłam, ale teraz tylko stoję i patrzę, skubiąc kraniec granatowej sukienki. Uśmiecham się delikatnie, patrząc, jak doradca królewski ustawia ich do pionu i kładzie im książki na głowach, każąc utrzymywać równowagę. Mój wzrok przez chwilę spoczywa na Andre - radzi sobie wyjątkowo dobrze, a kiedy uśmiecha się z zadowoleniem, w jego policzkach pojawiają się dołeczki. Kolana mi miękną, gdy chłopak podchwytuje moje spojrzenie i posyła mi właśnie ten uśmiech. Odwzajemniam to, rumieniąc się jak burak.
- Andre to niezła partia, prawda? - słyszę nagle miękki, głęboki głos. Podskakuję z zaskoczenia, prawie że schodząc na zawał. Odwracam się i trafiam wzrokiem na parę intensywnie zielonych oczu.
- David - odchrząkuję, i posyłam mu groźne spojrzenie. On pochyla głowę z udawaną skruchą. - Aż tak bardzo chcesz stąd wylecieć? - pytam, starając się mówić jak najchłodniejszym tonem. Chociaż chcę utrzymać jak największy dystans do tego chłopaka, wyjątkowo mnie intryguje. Sama nie wiem, dlaczego. To okropnie irytujące.
- Powiedzmy sobie szczerze, wasza wysokość - mówi, niby oficjalnym tonem - gdybyś chciała mnie wywalić, zrobiłabyś to już wczoraj.
Nie chcę dać po sobie poznać, że ma racje, ale mimowolnie marszczę brwi. David szczerzy się w uśmiechu, a jego długie, smukłe palce zagarniając niesforny kosmyk moich włosów za ucho. Odruchowo się cofam.
- Tak czy siak, jestem tutaj z pokojowych pobudek. Chciałbym zaprosić cię na spacer, jutro po obiedzie.
Unoszę brwi w zaskoczeniu.
- Spacer?
- Spacer.
- W sensie we dwoje? Sami?
David parska śmiechem.
- Tak, wasza wysokość. Oczywiście, o ile się nie boisz - dodaje z tak zarozumiałą miną, że praktycznie od razu odpowiadam:
- Oczywiście, że nie. - Wydymam dumnie wargi.
Chłopak uśmiecha się z satysfakcją, a w jego hipnotyzujących oczach na chwilę widać coś, czego nie potrafię odczytać. Końcówki jego czarnych włosów muskają moją skórę, gdy delikatnie całuje mnie w rękę.
- W takim razie do zobaczenia jutro o szesnastej, wasza wysokość.
David odchodzi sprężystym krokiem polującej pantery wgłąb Komnaty, zostawiając mnie z nienaturalnie szybkim pulsem, i wyraźnym pąsem na twarzy.